Wisła Kraków nałożyła ogromną presję na środowisko
To, co spotyka Wisłę Kraków od sierpnia 2024 roku, trzeba nazwać zmową. Skandalem zaś działania organów, które prowadzą rozgrywki. Sytuacja, w której kibice jednego klubu są wykluczeni z udziału w meczach wyjazdowych, ze sportowego punktu widzenia powoduje spory handicap dla gospodarzy. To dość oczywiste i wielu sportowców przyznaje, że wsparcie fanów potrafi dodać kilka procent więcej siły, co może mieć przełożenie na wynik spotkania. Oczywista nierówność rywalizacji sportowej powodowała złość władz Wisły, które odbijały się od ściany w kolejnych pismach do oficjeli.
Najpierw kluby mające gościć Wisłę przyjęły taktykę remontów sektorów gości. Jarosław Królewski w odpowiedzi na takie zagrywki proponował naprawy na własny koszt, byleby móc zapewnić kibicom Białej Gwiazdy możliwość wejścia na stadion rywali. Po wielu interwencjach nieco zmieniono regulamin – pojawiły się nawet kary pieniężne. Kary, które powodowały jednak uśmiech na twarzach kolejnych prezesów, mających zatwierdzać przelewy w wysokości 20-30 tysięcy złotych – bo na tyle właśnie wyceniono łamanie regulaminu rozgrywek poprzez niewpuszczanie kibiców drużyny przeciwnej na stadion.
Sprawa ze Śląskiem Wrocław ma jednak dwie odnogi. Druga mogłaby nie zaistnieć, gdyby nie było pierwszej. Zaczątkiem konfliktu były wysokie dotacje miejskie na klub sportowy, co od lat stara się zwalczać Jarosław Królewski. Beneficjentami takich wpływów z miasta jest Śląsk Wrocław, który w ostatnich latach otrzymał ponad 200 milionów złotych z samego budżetu miasta. Królewski, który swoimi działaniami i swoim majątkiem wyprowadza Wisłę z długów i buduje nowoczesny klub, jest rozzłoszczony taką niesprawiedliwą rywalizacją na polu finansowym i biznesowym, co często punktuje. Siłą rzeczy nie podoba się to klubom takim jak Śląsk. Wydaje się, że między innymi dlatego Wrocławianom łatwiej było Królewskiemu zagrać na nosie i ogłosić, że kibice Wisły 7 marca na stadion Tarczyński Arena Wrocław nie wejdą.
Tu Królewski wszedł w tryb postaci granej przez Liama Neesona. Gdyby Śląsk nie robił problemów Wiślakom, pewnie nie byłoby sprawy. Wyszło jednak tak, że prezes Wisły wytoczył najcięższe działa – straszy konsekwencjami ze strony PZPN, ale też Komisji Europejskiej ze względu na możliwe popełnienie przestępstwa dotyczących miejskich przelewów do klubu. W międzyczasie Śląsk Wrocław wypada po prostu blado przy próbie bronienia się – jego oświadczenia są niespójne, a nawet wykluczające się wzajemnie, co jest wodą na młyn dla Królewskiego, który odpala kolejne bomby. W efekcie wkurzona jest telewizja, która wiele sobie po tym meczu obiecywała (hitowe starcie kolejki) i PZPN (oni to powinni być wkurzeni, ale ich działania nie pokazują, że ta sytuacja ich rusza).
Co jest dla mnie zaskoczeniem – po stronie Wisły opowiada się mnóstwo osób ze świata medialnego. To kolejny sukces Jarosława Królewskiego, który – umówmy się – nie jest postacią kochaną w internecie. Jeśli gość z taką prasą jest w stanie swoimi działaniami zdobyć uznanie dziennikarzy, to znaczy, że te działania są ewenementem.
Tak naprawdę jesteśmy w momencie bycia świadkami tworzenia się historii. Niezależnie już od tego, jak sprawa się skończy – sukcesem czy porażką Wisły – jej właściciel zrobił wszystko, by ją chronić. Poświęcił czas, reputację, pieniądze, by jego kibice jego klubu mogli dopingować swoją drużynę w czasie meczów wyjazdowych. Sytuacja, w której drużyna świadomie nie stawia się na meczu ligowym, by wywrzeć presję na organizatorach rozgrywek, jest bezprecedensowa. Jedyna w swoim rodzaju. Królewski już osiągnął część swoich celów – o proteście pisze się nie tylko w polskich, ale także zagranicznych mediach. PZPN, 1. Liga oraz Ekstraklasa powinny jak najszybciej doprowadzić do opanowania sytuacji, bo w przypadku awansu Wisły do najwyższej klasy rozgrywkowej, o takich sprawach będzie tylko głośniej.