Reprezentacja Stanów Zjednoczonych wybornie rozpoczęła Mistrzostwa Świata, których jest jednym z gospodarzy. Na oczach 70 tysięcy kibiców zgromadzonych na SoFi Stadium w Inglewood pokonała w kapitalnym stylu reprezentację Paragwaju. Dziś przed nimi kolejne wyzwanie. Prawdopodobnie bez swojego lidera, Christiana Pulisica, będą musieli stawić czoła Australii, na której w pierwszym meczu zęby połamała sobie Turcja.

    „Chcieliśmy znów grać jak dzieci”

    Przed inauguracją turnieju Mauricio Pochettino powtarzał, że jego zawodnicy muszą wyjść do meczu z Paragwajem z dziecięcą fantazją. Bez presji, bez ciężaru odpowiedzialności, który mógłby ich sparaliżować. Z odwagą i radością, której nie brakuje na osiedlowych boiskach.

    Reklama

    Argentyński trener dokładnie wiedział, co mówi. Jego podopieczni od pierwszej minuty zagrali swobodnie i bardzo skutecznie. Nie było po nich widać stresu ciążącego na gospodarzu turnieju, którego każde potknięcie natychmiast spotyka się z niezadowoleniem i rozczarowaniem społeczeństwa. Imponowali przygotowaniem fizycznym, dokładnością w rozegraniu akcji, indywidualne zagrania momentami wywoływały aplauz i niedowierzanie wśród kibiców. – Chcieliśmy po prostu dobrze się bawić – przyznał po meczu Weston McKennie.Postać Mauricio Pochettino jest kluczowa, o czym otwarcie nieraz wspominali piłkarze. Sebastian Berhalter przyznał dziennikarzom, że chociaż Pochettino jest Argentyńczykiem, to dopiero on zaszczepił w nich amerykańskie myślenie. „Jesteśmy Amerykanami i nie dajemy sobie w kaszę dmuchać. (…) ktoś z zewnątrz pokazał nam, Amerykanom, kim naprawdę jesteśmy”.

    Tim Weah mówił natomiast, że agresywny pressing i zdecydowana gra w wielu innych elementach, to zasługa argentyńskiego selekcjonera – Wspaniale jest obserwować mentalność, którą trener Poch i jego sztab wnieśli do tej drużyny. To było dla nas ogromnie ważne.

    Od niepewności do zachwytów. USA odzyskała wiarę w siebie

    Jeszcze kilka tygodni temu wokół reprezentacji USA trudno było jednak mówić o atmosferze entuzjazmu. Marcowe sparingi z europejskimi potęgami boleśnie zweryfikowały możliwości zespołu Pochettino. Amerykanie zostali wyraźnie zdominowani przez Belgię i Portugalię, a kibice zaczęli zastanawiać się, czy gospodarze mundialu nie staną się jedynie sympatycznym tłem dla wielkich faworytów. Dopiero zwycięstwo nad Senegalem oraz przyzwoity występ przeciwko Niemcom przywróciły ostrożny optymizm. Nawet wtedy niewielu spodziewało się jednak, że inauguracja zakończy się najwyższym zwycięstwem reprezentacji USA w historii jej występów na mistrzostwach świata i występem, który wielu komentatorów określiło mianem najlepszego w nowożytnej historii kadry.

    Pulisic pod znakiem zapytania

    Dziś Pochettino może jednak stanąć przed zupełnie innym problemem. Wszystko wskazuje na to, że przeciwko Australii zabraknie Christiana Pulisicia. Kapitan reprezentacji doznał urazu lewej łydki jeszcze przed meczem z Paragwajem, a podczas inauguracyjnego spotkania problem ponownie dał o sobie znać. Piłkarz Milanu przez cały tydzień trenował indywidualnie, a sam szkoleniowiec nie chciał składać jednoznacznych deklaracji. – „Christian robi postępy, jest w znacznie lepszym stanie niż w piątek, ale zobaczymy” – mówił Pochettino. W przypadku absencji swojego lidera Argentyńczyk może postawić na będącego w świetnej dyspozycji Gio Reynę lub skorzystać z energii Brendena Aaronsona. Dużo większa odpowiedzialność spadnie także na Folarina Baloguna, który po dwóch trafieniach przeciwko Paragwajowi wyrasta na jedną z nowych gwiazd turnieju.

    Na ile czasu starczy dziecięcej fantazji?

    Mecz z Australią będzie zatem czymś więcej niż walką o awans do fazy pucharowej. To również test dla nowej tożsamości amerykańskiej drużyny. Po tygodniu zachwytów nad „dzieciakami Pochettino” przyjdzie moment odpowiedzi na pytanie, czy swoboda, odwaga i radość z gry są trwałą zmianą w mentalności gospodarzy mundialu, czy jedynie efektem jednej wyjątkowej nocy na SoFi Stadium. Jeśli Amerykanie ponownie wyjdą na boisko z fantazją dzieci grających na osiedlowym boisku, Australia może przekonać się, że reprezentacja Stanów Zjednoczonych przestała być jedynie sympatycznym gospodarzem mundialu, a zaczyna wyrastać na drużynę, z którą trzeba liczyć się znacznie poważniej.

    Reklama