Świat futbolu doczekał się kolejnego diamentu w królewskiej koronie Leo Messiego. Dwie bramki zdobyte przeciwko Austrii zapewniły Argentyńczykowi miano najskuteczniejszego strzelca w historii mistrzostw świata. Dla fanów Messiego jest to kolejny argument, który potwierdza, że jest najlepszym w historii. Mimo kosmicznych statystyk kariery, tytułów drużynowych i indywidualnych, jedno pytanie w Argentynie pozostaje jednak bez odpowiedzi. Czy Lionel Messi jest godny zasiąść na tronie Diego Armando Maradony?

    Między Villa Fiorito a La Masią

    Ogólnonarodowa debata o tym, kto jest większym piłkarzem od dawna wykracza w Argentynie poza prosty schemat boiska. Liczba zdobytych goli, wzniesionych trofeów czy indywidualnych nagród zdobiących prywatne gabloty są sprawami drugorzędnymi. Istota sporu dotyczy pochodzenia, różnicy klas społecznych, historii, polityki i tego, jakiego bohatera potrzebują Argentyńczycy.

    Reklama

    Maradona i Messi stali się największymi postaciami w dziejach argentyńskiego futbolu, ale niemal wszystko, co ich ukształtowało, było odmienne. Diego dorastał w Villa Fiorito, ubogiej dzielnicy na południowych obrzeżach Buenos Aires, w domu bez kanalizacji, w kraju targanym politycznymi napięciami i próbującym odnaleźć tożsamość po latach dyktatury wojskowej oraz traumie wojny o Malwiny. Messi wychowywał się w Rosario, w rodzinie z niższej klasy średniej, a już jako trzynastolatek opuścił Argentynę, by rozpocząć piłkarską edukację w La Masii – akademii piłkarskiej wielkiej FC Barcelony.

    Maradona był dzieckiem potrero – mitycznej przestrzeni argentyńskiego futbolu, niezagospodarowanego placu, na którym dzieci grają bez trenerów, schematów i dyscypliny. W argentyńskiej wyobraźni potrero jest czymś więcej niż boiskiem. To miejsce, gdzie rodzą się piłkarska fantazja, bezczelność, improwizacja i bunt przeciwko porządkowi. Messi stawiał pierwsze kroki w Newell’s Old Boys, ale jego dojrzewanie jako piłkarza odbywało się już w uporządkowanym i niemal laboratoryjnym środowisku Barcelony. Być może historia Leo potoczyłaby się inaczej, jednak żaden argentyński klub nie chciał uczestniczyć w terapii hormonalnej małego geniusza. O ile Maradona był produktem ulicy, o tyle Messi stał się symbolem europejskiej doskonałości szkoleniowej.

    Przez wiele lat te różnice wpływały na sposób, w jaki postrzegano obu zawodników. Maradonę rozumiał każdy Argentyńczyk. Głośny, impulsywny, charyzmatyczny, zdolny do zachwytów i autodestrukcji. Obrażał działaczy FIFA, przyjaźnił się z Fidelem Castro, wspierał lewicowych przywódców Ameryki Łacińskiej, wdawał się w skandale obyczajowe i zmagał się z uzależnieniami. Wszystkie te słabości nie odbierały mu statusu bohatera. Dla wielu wręcz go wzmacniały. Argentyna kochała Maradonę takim, jakim był.  

    Messi przez lata pozostawał przeciwieństwem Diego. Nie śpiewał hymnu, nie udzielał emocjonalnych wywiadów, nie angażował się politycznie, konsekwentnie strzegł swojej prywatności. Ludzi przekonywał swoją grą. W ojczyźnie długo zarzucano mu, że nie ma „osobowości Maradony”, że jest zbyt europejski, zbyt wycofany, a nawet, jak ironicznie określali go niektórzy komentatorzy – „Leo Katalończykiem”.

    Bardzo długo musiał udowadniać, że jest kimś więcej niż kolejnym świetnym zawodnikiem. Dla nas Europejczyków brzmi to kuriozalnie, ale dopiero triumf w Copa América w 2021 roku (wygrana 1:0 z Brazylią na Maracanie) i zdobycie mistrzostwa świata w Katarze sprawiły, że relacja Messiego z Argentyną zaczęła się zmieniać. Po raz pierwszy od dekad Argentyńczycy przestali oczekiwać od niego, że stanie się nowym Maradoną. Zaczęli natomiast akceptować go takim, jakim jest. Nie wyrósł z Villa Fiorito, ale ostatecznie potrafił doprowadzić reprezentację do spełnienia największego narodowego marzenia.

    Liczy się tylko reprezentacja

    Dla laika futbolu spór o to, kto jest lepszym piłkarzem, jest prosty do rozstrzygnięcia. Przez pryzmat osiągnięć wyrażonych w liczbach i trofeach trudno byłoby wskazać kogokolwiek innego niż Messiego. Argentyńczyk rozegrał 979 spotkań klubowych, zdobył ponad 800 bramek, dziesięciokrotnie sięgał po mistrzostwo Hiszpanii i czterokrotnie triumfował w Lidze Mistrzów. W reprezentacji Argentyny wystąpił 201 razy, strzelił 122 gole, zdobył mistrzostwo świata, został wicemistrzem globu i dwukrotnie wygrał Copa América. Jego gablotę zdobi także osiem Złotych Piłek. Maradona w klubach rozegrał 589 meczów, zdobył 312 bramek, dwukrotnie doprowadził Napoli do mistrzostwa Włoch i wywalczył z nim Puchar UEFA. W kadrze narodowej zanotował 91 występów, strzelił 34 gole, został mistrzem świata w 1986 roku i cztery lata później ponownie poprowadził Albicelestes do finału mundialu.

    Taki bilans wydaje się rozstrzygać dyskusję jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Tyle że porównywanie klubowych karier obu piłkarzy jest przedsięwzięciem z gruntu nieuczciwym. Messi przez niemal dwie dekady był twarzą Barcelony – jednego z najwybitniejszych zespołów XXI wieku – otoczony przez piłkarzy pokroju Andrésa Iniesty, Xaviego, Neymara czy Luisa Suáreza. Maradona natomiast przybywał do Napoli jako zbawiciel klubu z południa Włoch, który przed jego przyjazdem pozostawał w cieniu potęg z Mediolanu i Turynu. W Neapolu szybko urósł do rangi niemal świętej postaci. Skala tej fascynacji ujawniła się nawet podczas mundialu we Włoszech. Kiedy 3 lipca 1990 roku Diego wybiegł na murawę stadionu San Paolo w półfinale Argentyna-Włochy, przywitały go transparenty z napisem: „Diego, Neapol Cię kocha, ale Włochy są naszą ojczyzną”.

    Inna była także epoka. Liczba rozgrywanych spotkań, przygotowanie fizyczne, poziom ochrony gwiazd przez sędziów, a nawet system nagród indywidualnych. W czasach największej świetności Maradony Złota Piłka przyznawana przez France Football pozostawała zarezerwowana wyłącznie dla europejskich zawodników. Argentyńczyk nie mógł jej zdobyć niezależnie od poziomu swojej gry. Dopiero po latach France Football przyznał, że gdyby obowiązywały współczesne zasady, Maradona najprawdopodobniej sięgnąłby po to trofeum kilkukrotnie.

    W Argentynie te argumenty mają jednak znaczenie drugorzędne. Dla kraju, który od dekad mierzy wielkość swoich bohaterów przez pryzmat błękitno-białych barw, klubowe statystyki pozostają jedynie przypisem do znacznie ważniejszej opowieści. Ostatecznym egzaminem dla argentyńskiego geniusza zawsze była reprezentacja narodowa. To właśnie Meksyk 1986 uczynił z Maradony coś więcej niż piłkarza. W pamięci zbiorowej Argentyńczyków Diego stał się Bogiem Futbolu – figurą niemal religijną, której miejsce w narodowym panteonie przez dekady wydawało się nienaruszalne. Jeśli więc istnieje miejsce, w którym porównanie Messiego i Maradony ma sens, są nim mistrzostwa świata.

    Zasłużył na tron?

    W 2014 roku Lionel Messi był bliżej futbolowej nieśmiertelności niż kiedykolwiek wcześniej. Z Maracany wracał jednak nie jako człowiek, który zakończył największą argentyńską debatę XXI wieku, ale jako jej największy przegrany. Zdjęcie kapitana Albicelestes mijającego Puchar Świata stało się symbolem niespełnienia, a cztery lata później rosyjski mundial jedynie pogłębił poczucie, że Diego pozostaje samotnym strażnikiem argentyńskiego Olimpu.

    Nieprzypadkowo właśnie w tym okresie szerokim echem odbiły się słowa Maradony wypowiedziane podczas prywatnej rozmowy z Pelé. Leo jest dobrym człowiekiem, ale nie ma osobowości. Brakuje mu charakteru, by być liderem – mówił człowiek, którego Argentyńczycy od dawna nazywali Bogiem Futbolu. Dla wielu rodaków była to trafna diagnoza. Messi był genialny, lecz zbyt cichy. Spektakularny, ale zbyt doskonały. Nie był chłopakiem z Villa Fiorito, nie był buntownikiem, nie był Diego.

    Dopiero Katar sprawił, że przestało to mieć znaczenie. Messi nie zdobył jedynie Pucharu Świata. Zdobył prawo do bycia sobą. Udowodnił, że nie musi krzyczeć, prowokować, wdawać się w polityczne spory ani balansować na granicy zagłady własnego organizmu, aby poprowadzić Argentynę do największego triumfu.

    Dziś, na amerykańskim mundialu, mając 39 lat, nie przypomina już zawodnika ścigającego duchy przeszłości. Jest mistrzem świata, rekordzistą turnieju, liderem drużyny, która ponownie marzy o tytule. Każdy kolejny gol, każda asysta i każdy pobity rekord nie służą już udowadnianiu czegokolwiek. Są jedynie dopisywaniem kolejnych wersów do opowieści, która w Katarze otrzymała swoje najważniejsze zakończenie.

    Czy zatem Lionel Messi zasłużył, by zasiąść na tronie Diego Armando Maradony? Wydaje się, że pytanie jest dziś źle postawione. Maradona pozostanie bogiem argentyńskiej wyobraźni zbiorowej. Buntownikiem z Villa Fiorito, który dał narodowi symboliczną zemstę za Malwiny i nauczył go mówić głośno. Messi nigdy nim nie był i nigdy nie chciał nim być. Ale udowodnił coś równie trudnego: że można wejść na ten sam Olimp inną drogą. Nie drogą buntu, skandali i politycznych manifestów, lecz drogą milczenia, konsekwencji i futbolowej doskonałości. A na Olimpie jest miejsce dla więcej niż jednego boga.

    Reklama