Za nami fazy 1/16 i 1/8 finału mistrzostw świata. Dla większości bohaterów tego cyklu nie oznaczają one wyłącznie końca turnieju. Oznaczają zamknięcie reprezentacyjnych historii, które przez blisko dwie dekady współtworzyły historię mundiali. Jedni schodzili ze sceny w blasku reflektorów, inni po cichu, bez ostatniego wielkiego występu. Wszystkich łączy jedno – trudno opowiedzieć futbol XXI wieku, nie opowiadając jednocześnie o nich.

    Cristiano Ronaldo. To naprawdę już koniec

    Przez niemal dwie dekady każda porażka Portugalii prowadziła do tej samej dyskusji. Cristiano Ronaldo zawiódł czy nie? Czy Portugalia powinna grać bez swojego najwybitniejszego piłkarza? Czy jest dla niej ciężarem? Po odpadnięciu z Hiszpanią te pytania nie rezonowały tak mocno. Portugalskie media rozliczały reprezentację.

    Reklama

    Jeszcze po pierwszym meczu mundialu z Demokratyczną Republiką Konga głównym tematem były jego wiek, gotowość do pressingu i zasadność wystawiania go od pierwszej minuty. Kilka dni później Ronaldo odpowiedział dwoma golami przeciwko Uzbekistanowi, pobił kolejne rekordy i uciszył na chwilę część krytyków. W fazie pucharowej dyskusja praktycznie zniknęła. Nie dlatego, że Portugalczyk wrócił do najlepszych lat swojej kariery. Dlatego, że przestał być największym problemem tej reprezentacji.

    Mecz z Chorwacją pokazał to wyjątkowo wyraźnie. Ronaldo nie był już piłkarzem próbującym rozwiązać każdą akcję samodzielnie. Grał prościej, dojrzalej i bardziej zespołowo. Absorbował środkowych obrońców, wygrywał pojedynki w polu karnym i zostawiał przestrzeń kolegom z drugiej linii. Portugalia awansowała, a A Bola napisała o „najbardziej odpowiedzialnym mundialu Cristiano od wielu lat”. Record zwracał uwagę, że kapitan zaakceptował rolę lidera, który nie musi być bohaterem każdego meczu.

    Przeciwko Hiszpanii zabrakło drużyny. Mankamentu, który przez lata tuszował geniusz Ronaldo.

    Portugalskie media zgodnie podkreślały, że reprezentacja Roberto Martíneza przez długie fragmenty nie potrafiła narzucić swojego rytmu. Público pisało o zespole, który „przegrał środek pola”, a Observador zwracał uwagę, że ofensywa przez większą część spotkania nie była w stanie stworzyć Ronaldo sytuacji, do których przez lata przyzwyczaił się jako klasyczny napastnik. To odwrócenie narracji, która przez lata definiowała portugalski futbol. Kiedyś mówiono, że reprezentacja jest zakładnikiem Cristiano Ronaldo. Z perspektywy tegorocznego mundialu można odnieść wrażenie, że to Ronaldo był zakładnikiem braku jakości środka pola. Jakości, nad którą przed mistrzostwami rozpływali się dziennikarze na każdej szerokości geograficznej.

    To nie znaczy, że Cristiano jest bez winy.

    W wieku 41 lat nie jest już piłkarzem, który jednym sprintem potrafi odwrócić losy spotkania. Rzadziej wygrywa pojedynki w otwartym polu, coraz częściej wybiera ekonomię ruchu zamiast nieustannej aktywności. To naturalna cena czasu. Problem Portugalii polega jednak na tym, że nawet w tej wersji Ronaldo pozostawał zawodnikiem, który najczęściej brał odpowiedzialność za najważniejsze momenty meczu.

    Po końcowym gwizdku nie szukał wymówek. Podziękował kibicom i kolegom z drużyny, a Roberto Martínez mówił przede wszystkim o wpływie kapitana na szatnię, podkreślając, że jego znaczenia nie da się sprowadzić wyłącznie do bramek i statystyk. W Portugalii coraz częściej pojawia się pytanie, czy był to jego ostatni występ w narodowych barwach. Sam Ronaldo nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi.

    Wokół Cristiano Ronaldo od dwóch dekad trwa dyskusja o jego nastawieniu, osiągnięciach, niepohamowanej potrzebie wygrywania i byciu najlepszym. Jedni go za to kochają, inni nienawidzą. Bezsprzecznie jest jednym z dwóch najwybitniejszych piłkarzy XXI wieku i jednym z najlepszych piłkarzy wszechczasów. Próby deprecjonowania jego pozycji i osiągnięć są zwyczajnie niepoważne. Mistrzostwa świata, to nie był jego turniej, a tytuł mistrza świata pozostanie tym jednym brakującym diamentem w koronie, którą tylko piłkarz formatu Cristiano Ronaldo jest w stanie unieść. Nie zmienia to faktu, że podarował opowieściom mundialowym momenty, które na zawsze zapamiętamy. Mistrzostwa świata są częścią historii piłki nożnej. W tej historii Cristiano Ronaldo napisał jeden z najwspanialszych rozdziałów do których będziemy z nostalgią wracać.

    Lionel Messi. Ostatni, który jeszcze nie powiedział ostatniego słowa

    Po odpadnięciu Manuela Neuera, Luki Modricia, Cristiano Ronaldo, Neymara i Guillermo Ochoi, Lionel Messi pozostał jedynym bohaterem tego cyklu, który wciąż gra o mistrzostwo świata. Paradoks polega jednak na tym, że wraz z kolejnymi zwycięstwami Argentyny pytań wokół jej gry wcale nie ubywa.

    Przeciwko Republice Zielonego Przylądka i Egiptowi Messi ponownie rozstrzygnął mecze. Kolejne gole i rekordy nie zdominowały jednak argentyńskich komentarzy. W Olé i La Nación coraz częściej przewija się inny wątek – Argentyna wygrywa, ale nadal nie przekonuje.

    To reprezentacja, która potrafi kontrolować tempo spotkania, ale równie często oddaje inicjatywę i czeka, aż najtrudniejszy problem rozwiąże jej kapitan. Im dalej w turniej, tym wyraźniej widać, że Messi jest nie tylko największym atutem Albicelestes, ale również zasłoną, za którą ukrywają się niedoskonałości całej drużyny.

    Nie jest to zarzut wobec 39-latka. Wręcz przeciwnie. Messi przesądza o wynikach, a tego właśnie oczekuje się od największych piłkarzy. Problem w tym, że jego geniusz może rozmywać realną ocenę reprezentacji.

    Prawdziwa weryfikacja wciąż przed Argentyną.

    Manuel Neuer. Rewolucjoniści nie odchodzą bez śladów

    Po porażce z Paragwajem nie było okładek z twarzą Manuela Neuera ani nagłówków obarczających go odpowiedzialnością za odpadnięcie z mundialu. Dyskusja bardzo szybko przestała dotyczyć tego turnieju. Zaczęła dotyczyć piętnastu lat, podczas których reprezentacja Niemiec miała w bramce piłkarza, który zmienił sposób myślenia o całej pozycji.

    Przed rozpoczęciem mistrzostw powrót 40-letniego bramkarza do kadry budził spore kontrowersje. Część ekspertów uważała, że Julian Nagelsmann uległ sile nazwiska. W „Kickerze” pojawiały się pytania, czy Niemcy nie powinni definitywnie zamknąć rozdział z pokoleniem mistrzów świata z 2014 roku. „Bild” zastanawiał się, czy reprezentacja nie płaci zbyt wysokiej ceny za sentyment. Sam Neuer odpowiadał spokojnie. Powtarzał, że nie wrócił do kadry po to, by żegnać się z kibicami, lecz po to, by pomóc drużynie wygrać mistrzostwo świata.

    Nie wygrał. I trudno udawać, że rozegrał turniej bez skazy.

    Po spokojnym początku przeciwko Curaçao i solidnym występie z Wybrzeżem Kości Słoniowej przyszedł mecz z Ekwadorem. Niemcy przegrali 1:2, a po raz pierwszy od wielu lat pojawiły się pytania, czy Neuer nadal daje reprezentacji przewagę, do której przez lata wszystkich przyzwyczaił. W komentarzach nie brakowało opinii, że dawniej był bramkarzem potrafiącym wygrać drużynie mecz. Tym razem tego zabrakło.

    „Süddeutsche Zeitung” pisała, że ocenianie Neuera wyłącznie przez pryzmat ostatniego mundialu byłoby nieporozumieniem. „Kicker” przypominał, że zanim pojawił się w reprezentacji, bramkarz miał przede wszystkim bronić. Neuer sprawił, że zaczął również rozgrywać, asekurować linię obrony kilkadziesiąt metrów od własnej bramki i uczestniczyć w budowaniu akcji. Dzisiaj takie zachowanie nie budzi już zdziwienia. Piętnaście lat temu wydawało się piłkarską herezją.

    To chyba najlepiej oddaje jego miejsce w historii. Mistrzów świata Niemcy mieli wielu. Neuer był wyjątkowy dlatego, że po jego karierze inaczej szkoli się bramkarzy. Nie tylko w Niemczech. Na całym świecie.

    Kilka godzin po odpadnięciu reprezentacji Neuer potwierdził, że mecz z Paragwajem był jego ostatnim w narodowych barwach. W rozmowie z ARD przyznał krótko „To niezwykle gorzkie, że kończy się właśnie w taki sposób.” Później, żegnając się z kibicami w mediach społecznościowych, napisał już tylko „To zawsze był dla mnie zaszczyt.”

    Trudno o lepszą puentę kariery piłkarza, który nie tylko wygrał mundial. Przede wszystkim sprawił, że po nim świat zaczął inaczej patrzeć na rolę bramkarza. Rewolucjoniści rzadko odchodzą bez śladów. Manuel Neuer zostawia po sobie całą szkołę futbolu.

    Luka Modrić. Koniec najpiękniejszego rozdziału chorwackiego futbolu

    W Chorwacji porażka z Portugalią bardzo szybko przestała być najważniejszym tematem. Już kilka godzin po końcowym gwizdku media praktycznie nie analizowały ustawienia Zlatko Dalicia ani błędów w defensywie. Coraz częściej pojawiają się pytania o to, co dalej? Reprezentacja będzie musiała nauczyć się funkcjonować bez Luki Modricia.

    Na okładkach Sportskich novosti i Jutarnjeg lista więcej miejsca poświęcono kapitanowi niż samemu odpadnięciu z turnieju. Pisano o końcu „złotego pokolenia”, o piłkarzu, który przez blisko dwie dekady był twarzą chorwackiego futbolu. Dominowała wdzięczność i świadomość, że kończy się historia, której prawdopodobnie długo nie uda się powtórzyć.

    Jeszcze w fazie grupowej, po zwycięstwie nad Ghaną, chorwaccy komentatorzy zwracali uwagę, że 41-letni kapitan wciąż potrafi robić rzeczy, których nie da się zastąpić schematami. Nadawał tempo, uspokajał grę w momentach największego chaosu, przyspieszał ją jednym podaniem, a przy zwycięskiej bramce zanotował asystę. Równie często podkreślano gotowość do pracy bez piłki. Nie oszczędzał się również w defensywie, a jego zaangażowanie stało się symbolem drużyny, która do końca próbowała pozostać wierna własnej tożsamości.

    Z Portugalią nie wystarczyło już ani doświadczenie, ani charakter.

    Chorwacja odpadła, ale trudno znaleźć głosy obarczające kapitana odpowiedzialnością za porażkę. Wręcz przeciwnie. Večernji list pisał, że Modrić „opuścił reprezentację w taki sam sposób, w jaki ją prowadził przez lata – z godnością”. Dziennikarze przypominali, że od jego debiutu zmieniali się selekcjonerzy, kończyli kariery Darijo Srna, Mario Mandžukić, Ivan Rakitić, Danijel Subašić, Domagoj Vida czy Dejan Lovren. Luka pozostawał niezmiennym punktem odniesienia.

    Najtrudniejsze pytanie dopiero jednak przed Chorwacją.

    Jak zbudować reprezentację, która przez siedemnaście lat była definiowana przez jego obecność?

    Po meczu Modrić nie szukał wielkich słów. Podziękował kibicom za wsparcie i przyznał, że „Bila mi je čast”„To był dla mnie zaszczyt.”

    Trudno o prostsze podsumowanie kariery człowieka, który nigdy nie potrzebował wielkich gestów, by zapisać się w historii. Kiedy schodził z boiska po raz ostatni, Chorwacja żegnała najpiękniejszy rozdział w historii narodowego futbolu.

    Neymar. Książe, który nie obejmie tronu

    Jeszcze przed rozpoczęciem fazy pucharowej brazylijskie media żyły przede wszystkim jednym pytaniem – czy Neymar zdąży wrócić do zdrowia. Globo Esporte i UOL Esporte dzień po dniu relacjonowały kolejne etapy rehabilitacji, a Carlo Ancelotti na niemal każdej konferencji prasowej odpowiadał na pytania dotyczące swojego największego gwiazdora.

    Włoski szkoleniowiec od początku pozostawał jednak konsekwentny. Nie zamierzał przyspieszać powrotu zawodnika kosztem ryzyka nawrotu kontuzji. Nawet gdy Neymar wznowił treningi z drużyną, Ancelotti powtarzał, że najważniejsze jest jego pełne zdrowie, a nie presja kolejnych meczów.

    Neymar wrócił do kadry meczowej, ale nie stał się punktem zwrotnym brazylijskiego mundialu. Po odpadnięciu z Norwegią komentarze w Brazylii dotyczyły przede wszystkim kolejnego niepowodzenia reprezentacji w fazie pucharowej, a nie samego 33-latka. Folha de S.Paulo i O Globo znacznie więcej miejsca poświęcały pytaniom o projekt Ancelottiego niż roli Neymara.

    To najlepiej podsumowuje jego ostatni mundial.

    Przez lata każda porażka Canarinhos prowadziła do dyskusji o Neymarze. Tym razem stał się jedynie częścią większej historii o reprezentacji, która po raz kolejny nie potrafiła wrócić na światowy szczyt.

    Kontuzja odebrała mu moment, na który Brazylia czekała od początku turnieju. Wrócił, ale nie zdążył już zmienić losów swojej reprezentacji. I być może właśnie to jest najbardziej gorzkie zakończenie jego mundialowej historii.

    Książe, który nie doczekał koronacji.

    Guillermo Ochoa. Ostatni strażnik Azteki

    Guillermo Ochoa nie wygrał z Meksykiem mistrzostwa świata. Nigdy nie zagrał w półfinale mundialu. Nie zmienił sposobu bronienia tak jak Manuel Neuer ani nie stał się symbolem całej reprezentacji jak Luka Modrić. A jednak przez dwadzieścia lat był jednym z tych piłkarzy, których nazwisko niemal automatycznie kojarzyło się z mistrzostwami świata.

    Szósty mundial zakończył nie między słupkami, lecz na ławce rezerwowych.

    Dla wielu bramkarzy byłby to gorzki finał. W Meksyku odebrano go zupełnie inaczej.

    Ochoa otrzymał szansę pożegnania się z kilkudziesięcioletnim rozdziałem życia tam, gdzie wszystko się zaczęło. Récord México pisał następnego dnia, że reprezentacja oddała hołd piłkarzowi, który przez dwie dekady był twarzą meksykańskich mundiali. ESPN Deportes zwracało uwagę na reakcję kolegów z drużyny. Zanim pojawił się na boisku, niemal cała ławka rezerwowych podniosła się, by przywitać go oklaskami. Oddali należny szacunek bohaterowi, który przez lata ratował Meksyk w meczach, których nikt nie pamiętałby bez jego interwencji.

    Nie domagał się miejsca w składzie. Nie komentował decyzji selekcjonera. W ostatnich tygodniach częściej widywano go rozmawiającego z młodszymi bramkarzami niż udzielającego wywiadów. Dla wielu meksykańskich dziennikarzy właśnie to stało się najpiękniejszym obrazkiem jego ostatniego mundialu.

    Kilka dni później Meksyk zakończył swój udział w mistrzostwach świata. Ochoa schodził z murawy bez łez i bez teatralnych gestów. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że dla niego najważniejszy mecz zakończył się już wcześniej – w chwili, gdy po raz ostatni usłyszał gwizdek na Estadio Azteca.

    Przez dwie dekady zbudował wśród kibiców legendę bramkarza od heroicznych interwencji. I chyba nie ma piękniejszego podsumowania mundialowej kariery San Memo.

    Reklama