To już koniec. Trzydzieści dziewięć dni. Czterdzieści osiem reprezentacji. Sto cztery mecze. Było dłużej, więcej i intensywniej. Był przesyt, drożyzna i skandale. Były też piękne stadiony, poruszające historie oraz momenty, które zapamiętamy na lata. Przez ponad miesiąc futbol żył według amerykańskiego zegara, kibice pokonywali tysiące kilometrów między miastami rozsianymi po trzech państwach, a FIFA próbowała przekonać świat, że największy turniej piłkarski można uczynić jeszcze większym widowiskiem, czasem wbrew woli i oczekiwaniom jego uczestników. Jednak piłka nożna po raz kolejny się obroniła, bo to, co w niej najpiękniejsze, od zawsze kryje się głęboko w sercach kibiców.

    Mundial inflacji

    Mundial 2026 od początku miał swoją cenę. I to dosłownie.

    Reklama

    Nigdy wcześniej kibic nie płacił tak wiele za możliwość uczestniczenia w piłkarskim święcie. Bilety osiągały rekordowe ceny, noclegi w miastach gospodarzy kosztowały fortunę, a zwykła podróż na stadion potrafiła kosztować więcej niż wejściówka na ligowy mecz w Europie. Symboliczna stała się ponad studolarowa opłata za przejazd koleją z Manhattanu na MetLife Stadium. Internet szybko uznał ją za symbol mundialowej drożyzny.

    Nie był to jednak wyłącznie efekt pazerności organizatorów. Za kulisami trwała znacznie większa gra. New Jersey, Toronto, Vancouver i pozostałe miasta organizujące mecze wydawały setki milionów dolarów na bezpieczeństwo, transport i dostosowanie infrastruktury do wymagań FIFA. Światowa federacja zachowała swój sprawdzony model – największe przychody trafiały do Zurychu, największe rachunki pozostawały na miejscu.

    Za kilka lat mało kto będzie pamiętał, ile kosztował bilet kolejowy na MetLife Stadium. Niewielu będzie pamiętało, ile milionów wydało Toronto czy Boston. Kibice zapamiętają emocje. Miasta zapamiętają faktury.

    Mundial nowości

    „Jak to wszystko ogarnąć?” – pytał przed rozpoczęciem turnieju Zac Kenworthy z Fox Sports.

    To było pytanie, które najlepiej oddawało skalę przedsięwzięcia.

    Czterdzieści osiem reprezentacji. Sto cztery mecze. Trzy państwa. Cztery strefy czasowe. Szesnaście miast. Nigdy wcześniej mistrzostwa świata nie przypominały tak skomplikowanej operacji logistycznej.

    Nowy format budził obawy. Wielu zastanawiało się, czy mundial nie stanie się ofiarą własnych rozmiarów. Czy większa liczba spotkań nie odbierze wyjątkowości turniejowi? Czy kibice wytrzymają ponad miesiąc codziennego futbolu?

    Momentami rzeczywiście można było odczuć zmęczenie. Mundial stał się dłuższy, bardziej wymagający i mniej kompaktowy niż wszystko, co znaliśmy wcześniej. Jednocześnie właśnie dzięki rozszerzeniu turnieju poznaliśmy nowe historie. Kraje, które przez dekady oglądały mistrzostwa wyłącznie w telewizji, wreszcie mogły poczuć smak wielkiej sceny. Mundial stał się mniej elitarny. Momentami cierpiała na tym jakość piłkarska, szczególnie w fazie grupowej. W zamian otrzymaliśmy niesamowitą energię i całą paletę kolorów dumy i radości kibiców na trybunach, którzy przyjechali do Kanady, Meksyku i USA za swoimi reprezentacjami. Bardzo długo zapamiętamy występy Wysp Zielonego Przylądka, którą pokochaliśmy za niesamowitą pasję i zaangażowanie. Tak powinno grać się na turnieju mistrzowskim.

    Ameryka chciała sprzedać futbol. Futbol sprzedał się sam

    Od początku było jasne, że FIFA i organizatorzy zrobią wszystko, by opakować mundial w estetykę doskonale znaną z amerykańskich lig.

    Indywidualne prezentacje piłkarzy. Rozbudowane ceremonie. Kamery pokazujące kolejne gwiazdy muzyki i kina na trybunach. Obowiązkowe przerwy na nawodnienie. Wreszcie historyczne halftime show podczas finału. Część pomysłów mogła przypaść do gustu, nadając turniejowi lokalnego sznytu, popkulturowej amerykańskości. Indywidualne prezentacje zawodników dodawały meczom charakteru. Kamery sędziowskie czy sposób komunikowania decyzji VAR przybliżyły kibiców do wydarzeń na boisku. To były zmiany, które nie naruszały istoty futbolu.

    Granica została przekroczona wtedy, gdy widowisko zaczęło rywalizować z samym meczem.

    Halftime show stało się symbolem tej filozofii. Problem nie tkwił w samej idei widowiska, bo sama w sobie była jak najbardziej szczytna. Od ponad stu lat piętnaście minut między pierwszą a drugą połową służy jednemu – odpoczynkowi zawodników i pracy trenerów. W finale mundialu zamieniły się w prawie półgodzinny telewizyjny spektakl, który niespecjalnie budował dodatkowe emocje. Celnie zauważył Wayne Rooney, że najlepszym momentem halftime show był chwila, kiedy się skończyło. Piłka nożna nie potrzebuje dodatkowego show, by udowodnić swoją atrakcyjność (choć akurat tegoroczny finał jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, a nie samą regułą). Największym widowiskiem zawsze był sam mecz. Gwiazdami są piłkarze, a nie artyści pojawiający się pomiędzy połowami.

    Paradoks całego turnieju polega na tym, że mimo wszystkich prób opakowania futbolu w produkt premium „made in USA”, najpiękniejsze momenty wydarzyły się wtedy, gdy marketing schodził na drugi plan. Gdy kamery przestawały szukać celebrytów, a pokazywały łzy zwycięzców, rozczarowanie pokonanych i wybuchy radości na trybunach.


    Mundial pięknych stadionów

    Mundial 2026 był również podróżą po stadionach, których estetyka i charakter różnią się od europejskich świątyń futbolu. MetLife Stadium, SoFi Stadium, AT&T Stadium, Mercedes-Benz Stadium czy Lumen Field od lat są ikonami amerykańskiego sportu i rozrywki. Monumentalne, nowoczesne, dopracowane w najmniejszym detalu i stworzone z rozmachem, który trudno porównać do stadionów na Starym Kontynencie. Są inne i naprawdę wyjątkowe.

    Powstały z myślą o NFL, baseballu czy wielkich koncertach, dlatego oferują zupełnie inne doświadczenie. Zamiast surowości i bliskości trybun z boiskiem dostajemy gigantyczne ekrany, spektakularną architekturę i atmosferę największego sportowego widowiska.

    Miało to swój urok i tworzyło wyjątkowy feeling. Przez ponad miesiąc mogliśmy oglądać futbol w zachwycających przestrzeniach na wskroś amerykańskie – z własnym charakterem, własną estetyką i własnym sposobem przeżywania sportu.

    Nie każdemu taki klimat przypadł do gustu. Ale trudno odmówić tym obiektom jednego – wrażenia zapadającego w pamięci. Mundial zyskał dzięki nim wyjątkową oprawę, której nie dałoby się odtworzyć nigdzie indziej.

    Mundial szycia własnych zasad

    Coraz łatwiej jest odnieść wrażenie, że mnogość i zakres przepisów piłkarskich oraz technologia stosowana do zapewnienia ich przestrzegania, płynności gry oraz uczynienia gry uczciwą doprowadziła… do jeszcze większej ilości kontrowersji i podejrzeń o próby ustawienia gry i faworyzowania poszczególnych uczestników turnieju. Nie dowiemy się, jakby wyglądała mundialowa droga reprezentacji Argentyny, gdyby w meczu pierwszej kolejki Argentyna-Algieria, Szymon Marciniak pokazał Messiemu zasłużoną czerwoną kartkę za faul na Mandim. Nie dowiemy się, jak potoczyłby się mecz Norwegia-Anglia, gdyby sędzia zatrzymał bramkową akcję Brytyjczyków po tym, jak piłka uderzyła w kabel nad boiskiem. Nie dowiemy się, jakim wynikiem zakończyłby się mecz 1/16 finału między Chorwacją a Portugalią, gdyby w piłce nie był zamontowany czujnik dotyku. I wreszcie, nie dowiemy się, jaki byłby finał potyczki 1/8 finału pomiędzy Egiptem a Argentyną, gdyby sędzia po analizie VAR nie anulował bramki Mostafy Ziko. Wszystkie te decyzje dokładają argumentów dla zwolenników i przeciwników systemu VAR. W zależności od sytuacji i interpretacji – nasyceni zostają zwolennicy romantycznego podejścia do futbolu okraszonego błędami sędziowskimi i niedoskonałościami lub zwolennicy całkowitej „technologizacji” dyscypliny.

    Błędy i niedoskonałość systemu wspomagania sędziowania jest rzeczą nieodzowną, wpisaną w obraz futbolu. Nie możemy jednak przechodzić obok jawnego łamania zasad i wpływania na bieg wydarzeń osobistymi koneksjami i wpływami politycznymi. To, co wydarzyło się przy okazji historii Folarina Baloguna było jawnym i bezczelnym pogwałceniem zasad. O ironio, ostatecznie najwięcej zła przyniosło tym, których bezpośrednio dotyczyło. Na pewno nie dociera do Donalda Trumpa fakt, że swoim postępowaniem zwrócił prawie cały świat przeciwko reprezentacji USA, a być może na nowo zbudowała w tym turnieju Belgię. Tak Panie Prezydencie, ta porażka w jakiejś części spoczywa na Pana barkach.

    Mundial, który zapamiętamy

    Pomimo wszystkich tych nowinek, zmian, rozszerzenia formatu rozgrywek, kontrowersji boiskowych i tych, które rozgrywały się poza murawą, mundial rozgrywany na boiskach Kanady, Meksyku i Stanów Zjednoczonych zapisze się w naszych pamięciach. Był wielokolorowy, przesycony wpływami miejsca, w którym był rozgrywany, kumulował niesamowite emocje i był świadkiem historii – pozytywnych i tych, które łamały serca. Być może był też mundialem przełomowym. Mundialem, który pokoleniom kibiców został odebrany przez komercjalizację i niezdrowy egalitaryzm, który wyrwa się działaczom piłkarskim spod kontroli. Kolejne turnieje mistrzowskie nie będą wolne od następnych nowinek, które będą budziły nasz sprzeciw i niezadowolenie. Być może w niedalekiej przyszłości mundial znów się powiększy o kolejnych 16 reprezentacji. Pozostaje nadzieja, że na koniec i tak wygra piłka.

    Reklama