104 mecze, 48 reprezentacji i rekordowe przychody. Tegoroczny mundial jest największym turniejem w historii piłki nożnej, ale FIFA już zastanawia się nad kolejnym krokiem. Gianni Infantino nie wyklucza dyskusji nad rozszerzeniem mistrzostw świata do 64 drużyn. Choć dziś taki scenariusz wydaje się odległy, wcale nie musi być nierealny. Pozostaje jednak jedno pytanie: kto byłby w stanie zorganizować największy turniej w dziejach futbolu? A gdyby odpowiedź brzmiała… Australia i Oceania?

    Po co FIFIE mundial z 64 drużynami?

    Infantino wydaje się nie mieć litości dla mundialowych tradycjonalistów. Jeszcze nie zakończyły się pierwsze mistrzostwa świata rozgrywane z udziałem 48 reprezentacji, a Szwajcar już zapowiada dyskusję nad kolejnym rozszerzeniem turnieju. Zarzuty w stronę FIFA dot. przesadnej komercjalizacji futbolu mogą już za chwilę zyskać kolejnych sympatyków. FIFA zdaje się nie zwracać na to uwagi i podchodzi do tematu znacznie szerzej. Prezydent światowej federacji od lat przekonuje, że mundial nie może być elitarnym turniejem zdominowanym przez Europę i Amerykę Południową. Ma być wydarzeniem, które obejmuje cały świat. Organizując mistrzostwa świata, trzeba pamiętać, że są one dla całego świata. Nie tylko dla Europy i Ameryki Południowej, ale dla całej światowej społeczności piłkarskiej. Każdy kraj powinien mieć prawo marzyć o udziale w mundialuprzekonywał Infantino po pytaniu o możliwość rozszerzenia turnieju do 64 reprezentacji.

    Reklama

    To zdanie dobrze oddaje filozofię, którą Szwajcar konsekwentnie realizuje od momentu objęcia stanowiska w 2016 roku. W jego narracji mistrzostwa świata są nie tylko najważniejszym wydarzeniem sportowym, ale przede wszystkim narzędziem rozwoju piłki nożnej w krajach, które przez dziesięciolecia pozostawały na marginesie globalnego futbolu.

    Jeżeli mniejszym krajom nie damy szansy gry na mistrzostwach świata, zabraknie im motywacji do dalszego rozwoju

    To nie są jedynie deklaracje. Od początku kadencji Infantino FIFA radykalnie zwiększyła skalę inwestycji w rozwój piłki nożnej. W latach 2016-2022 w ramach programu FIFA Forwardprzeznaczono około 2,8 mld dolarów na ponad 1600 projektów realizowanych przez 211 federacji członkowskich i sześć konfederacji. Około jedna trzecia z nich dotyczyła infrastruktury – budowy i modernizacji stadionów, boisk treningowych oraz centrów szkoleniowych.

    Obecna edycja programu, FIFA Forward 3.0, jest jeszcze ambitniejsza. Na lata 2023-2026 federacja przeznaczyła 2,25 mld dolarów, czyli niemal o 30 procent więcej niż w poprzednim cyklu. Dodatkowo po mundialu 2026 uruchomiony zostanie specjalny Football Development Fund o wartości 660 mln dolarów, którego celem jest dalsze finansowanie rozwoju futbolu na wszystkich kontynentach.

    Pieniądze trafiają praktycznie do każdego zakątka świata. Każda z 211 federacji może otrzymać do 8 mln dolarów w czteroletnim cyklu na działalność operacyjną i projekty rozwojowe. Finansowane są między innymi budowa infrastruktury, organizacja krajowych rozgrywek, rozwój reprezentacji młodzieżowych i kobiecych, szkolenie trenerów oraz sędziów, cyfryzacja federacji czy zakup sprzętu sportowego. Dodatkowe środki otrzymują również wszystkie konfederacje kontynentalne na rozwój piłki w swoich regionach.

    Sam Infantino wielokrotnie podkreślał, że mundial jest finansowym silnikiem napędzającym cały ten system. Wszystkie przychody, które generujemy, są ponownie inwestowane w rozwój piłki nożnej na całym świecie – w Afryce, Azji, Ameryce Środkowej, na Karaibach, w Oceanii. Wszędzie.

    Jednak promocja futbolu to tylko jedna strona medalu.

    Drugą są pieniądze.

    Mundial pozostaje najważniejszym produktem FIFA i odpowiada za zdecydowaną większość jej przychodów. W Katarze w 2022 roku federacja wygenerowała około 7,5 mld dolarów. Po rozszerzeniu turnieju do 48 reprezentacji i zwiększeniu liczby spotkań z 64 do 104 prognozowane wpływy za cykl 2023-2026 wzrosły do rekordowych 13 mld dolarów, z czego niemal 8,9 mld ma przypaść na sam 2026 rok.

    Mechanizm jest prosty. Większy turniej oznacza więcej produktów do sprzedania. A jest ich cały koszyczek do których zaliczają się m.in. prawa do transmisji telewizyjnych, bilety na mecze, pakiety hospitality, ekspozycja sponsorów, gadżety mundialowe, itd. FIFA gra we własnej lidze, gdzie sprzedaż wszystkiego, co związane z turniejem opanowała do perfekcji.

    Istnieje jeszcze trzeci aspekt, o którym oficjalnie mówi się znacznie rzadziej.

    Polityka.

    Każda z 211 federacji członkowskich FIFA dysponuje jednym głosem podczas wyboru prezydenta, niezależnie od tego, czy reprezentuje Brazylię, Niemcy, Anglię czy Samoa Amerykańskie. W praktyce oznacza to, że głosy niewielkich federacji z Afryki, Karaibów, Oceanii czy Azji ważą dokładnie tyle samo, co głosy największych potęg piłkarskich.

    Rozszerzenie mundialu najbardziej premiuje właśnie te regiony. Więcej miejsc oznacza większą szansę na awans, większe premie finansowe od FIFA, większe zainteresowanie sponsorów oraz łatwiejsze uzasadnienie inwestycji we własnych krajach. Dla wielu federacji udział w mistrzostwach świata oznacza wieloletni impuls organizacyjny i finansowy.

    Z tej perspektywy propozycja zwiększenia liczby uczestników do 64 reprezentacji nie jest wyłącznie reformą sportową. To również decyzja, która może wzmacniać polityczne zaplecze władz FIFA. Federacje z Afryki, Azji, Oceanii czy CONCACAF są naturalnymi beneficjentami większego mundialu, a ich przedstawiciele dysponują większością głosów podczas kongresów FIFA. Choć nie oznacza to automatycznego poparcia dla Gianniego Infantino, trudno nie zauważyć, że jego wizja „światowego mundialu” przynosi właśnie tym regionom największe korzyści.

    Szaleństwo organizacyjne

    Rozszerzenie mistrzostw świata do 64 reprezentacji wydaje się organizacyjnym koszmarem. Więcej drużyn oznacza więcej stadionów, większe odległości do pokonania, wyższe koszty i jeszcze bardziej napięty kalendarz. Paradoksalnie jednak taki turniej można zaplanować znacznie prościej, niż mogłoby się wydawać.

    Najbardziej naturalnym rozwiązaniem byłby powrót do klasycznego formatu grupowego znanego z mundiali rozgrywanych w latach 1998 – 2022. Zamiast dwunastu grup, jak podczas obecnych mistrzostw świata, FIFA mogłaby utworzyć 16 grup po cztery reprezentacje. Każda drużyna rozegrałaby trzy spotkania, a do fazy pucharowej awansowałyby po dwa najlepsze zespoły z każdej grupy.

    Takie rozwiązanie eliminuje problem klasyfikacji najlepszych drużyn z trzecich miejsc, które obserwujemy przy obecnym formacie. Drabinka fazy pucharowej staje się wyjątkowo przejrzysta. Po zakończeniu fazy grupowej do gry pozostaje dokładnie 32 zespoły, które rywalizują kolejno w 1/16 finału, 1/8 finału, ćwierćfinałach, półfinałach i finale.

    Łącznie oznaczałoby to 128 spotkań. To o 24 więcej niż podczas mistrzostw świata w 2026 roku i dokładnie dwa razy więcej niż podczas turniejów rozgrywanych z udziałem 32 reprezentacji.

    Prawdziwe wyzwanie organizator stawia czas.

    Obecny mundial trwa 39 dni. W tym czasie FIFA musi rozegrać 104 spotkania. Przy założeniu sześciu meczów dziennie turniej z udziałem 64 reprezentacji można byłoby zamknąć w około 36-38 dniach, czyli tylko o kilka dni dłużej niż obecne mistrzostwa.

    Faza grupowa obejmowałaby 96 spotkań. Przy sześciu meczach rozgrywanych każdego dnia oznacza to szesnaście dni gry. Dodając dzień przerwy pomiędzy kolejnymi seriami spotkań oraz czas potrzebny na podróże i regenerację, cały etap grupowy zamknąłby się w około osiemnastu dniach.

    Faza pucharowa liczyłaby z kolei 32 mecze. Przy dwóch do czterech spotkaniach dziennie trwałaby około dwóch tygodni. W efekcie cały mundial zmieściłby się w pięciu tygodniach.

    To niezwykle ważna informacja z punktu widzenia FIFA. Dzisiejszy kalendarz międzynarodowy jest napięty do granic możliwości. W ostatnich latach doszły rozszerzone Klubowe Mistrzostwa Świata, Liga Narodów UEFA, kolejne edycje Ligi Narodów CONCACAF, coraz większa liczba spotkań w Lidze Mistrzów oraz rozbudowane eliminacje kontynentalne. Kluby od lat alarmują, że piłkarze rozgrywają zbyt wiele spotkań, a organizacje zawodników coraz częściej mówią o przeciążeniu organizmów i rosnącym ryzyku kontuzji.

    Wydłużenie mundialu o dwa lub trzy tygodnie byłoby praktycznie niemożliwe do zaakceptowania przez największe ligi europejskie i światowe stowarzyszenia klubów. Oznaczałoby późniejszy start sezonu ligowego lub skrócenie okresu przygotowawczego.
    Jeśli FIFA rzeczywiście zdecyduje się na rozszerzenie formatu rozgrywek, będzie musiała utrzymać bardzo podobną długość turnieju do tej obowiązującej obecnie.

    To z kolei wymusza odpowiednią liczbę stadionów.

    Przy sześciu spotkaniach dziennie teoretycznie wystarczyłoby sześć obiektów, gdyby na każdym rozgrywano jeden mecz dziennie. W praktyce taki model jest nierealny. Stadiony muszą być rotowane, murawy potrzebują czasu na regenerację, reprezentacje muszą mieć możliwość trenowania, a organizatorzy muszą zachować margines bezpieczeństwa na wypadek nieprzewidzianych sytuacji.

    Dlatego bardziej realistycznym rozwiązaniem wydaje się wykorzystanie 18–20 stadionów. Tegoroczny mundial rozgrywany jest na 16 obiektach. Rozszerzenie turnieju do 64 reprezentacji wymagałoby więc zwiększenia tej liczby jedynie o kilka stadionów.

    I właśnie tutaj pojawia się rzeczywisty problem.

    Opracowanie formatu turnieju z 64 drużynami nie wydaje się dziś szczególnie trudne. Prawdziwym wyzwaniem jest znalezienie gospodarza dysponującego odpowiednią liczbą stadionów spełniających wymogi FIFA. W praktyce oznacza to konieczność posiadania kilkunastu obiektów mieszczących co najmniej 40 tysięcy widzów, dwóch stadionów powyżej 60 tysięcy miejsc oraz jednego obiektu mogącego pomieścić ponad 80 tysięcy kibiców na mecz otwarcia i finał. To właśnie infrastruktura, a nie liczba spotkań czy długość turnieju, może okazać się największą przeszkodą w organizacji pierwszego w historii mundialu z udziałem 64 reprezentacji.

    Andrew Giuliani, dyrektor wykonawczy grupy zadaniowej Białego Domu ds. mistrzostw świata, bardzo szybko podłapał temat i zakomunikował, że Stany Zjednoczone mogłyby rozważyć kandydaturę do organizacji mundialu w 2038 roku i byłyby w stanie „poradzić sobie” nawet z turniejem rozszerzonym do 64 reprezentacji. Powierzenie w tak krótkim odstępie czasu kolejnego mundialu temu samemu organizatorowi byłoby jednak całkowitym zaprzeczeniem polityki Infantino opartej na dążeniu do popularyzacji piłki nożnej na całym świecie oraz sprawiedliwej rotacji przyznawania praw do organizacji kolejnym kontynentom. Jeżeli uznamy, że sternikom FIFA na sercu leży dobro futbolu, a nie tylko zgadzający się rachunek ekonomiczny, to naturalnym kandydatem do organizacji mistrzostw świata w 2038 roku jest Australia i Oceania.

    Mundial z kangurem i koalą za płotem?

    Australia kojarzy się z kangurami, koalami, surfingiem i krykietem. Nowa Zelandia od dekad żyje rugby. Papua-Nowa Gwinea zakochana jest w rugby league. Na pierwszy rzut oka pomysł organizacji największego turnieju piłkarskiego w historii właśnie tutaj brzmi jak scenariusz filmu science fiction.

    Dlatego właśnie szanse na realizację takiego scenariusza są bardzo wysokie.

    Spójrzmy na mapę światowego futbolu z perspektywy FIFA w którym Oceania przestaje być egzotycznym dodatkiem i zyskuje miano jednego z najważniejszych projektów rozwojowych światowej federacji.

    Największym atutem regionu jest Australia. Piłka nożna wprawdzie wciąż przegrywa tam walkę o uwagę kibiców z futbolem australijskim, rugby czy krykietem, ale pod względem infrastruktury sportowej kraj należy do światowej czołówki. Melbourne Cricket Ground mieści ponad 100 tysięcy widzów. Accor Stadium w Sydney ponad 80 tysięcy. Kolejne obiekty w Perth, Brisbane, Adelaide, Melbourne czy Auckland bez problemu spełniają standardy FIFA dla meczów fazy grupowej i pucharowej. Łącznie Australia i Nowa Zelandia dysponują dziś około dziesięcioma stadionami mogącymi przyjąć spotkania mistrzostw świata.

    To wciąż za mało dla turnieju z udziałem 64 reprezentacji, który prawdopodobnie wymagałby wykorzystania osiemnastu lub nawet dwudziestu stadionów. Dlatego realny scenariusz musiałby zakładać nie tylko modernizację części istniejących obiektów, ale również budowę nowych aren. A co, jeżeli nie dwa państwa, a cztery? Najbardziej naturalnymi partnerami wydają się Papua-Nowa Gwinea i Fidżi. Oba państwa mogłyby wznieść po jednym stadionie w Port Moresby i Suvie, stając się najmniejszymi współgospodarzami w historii mundialu.

    Jest jednak mały haczyk. Odległości.

    Przeciwnicy organizacji mistrzostw świata w Oceanii często wskazują, że turniej rozgrywany byłby na końcu świata. Rzeczywiście, podróż z Perth do Auckland to ponad 5300 kilometrów, a z zachodniej Australii na Fidżi – 6000 kilometrów. To więcej niż maksymalna rozpiętość geograficzna tegorocznych mistrzostw w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku.

    Tyle że współczesny mundial już dawno przestał być organizowany według logiki jednego państwa i jednej bazy. FIFA planuje rozgrywki w tzw. klastrach. Podczas MŚ 2026 reprezentacje przez większość fazy grupowej poruszały się w obrębie jednego regionu. Dokładnie ten sam model można zastosować w Oceanii.

    Grupy mogłyby zostać podzielone pomiędzy Australię Zachodnią, wschodnie wybrzeże Australii, Nową Zelandię oraz wyspy Pacyfiku. Większość reprezentacji przez pierwsze dwa tygodnie turnieju pokonywałaby odległości nie większe niż kilkaset kilometrów. Dopiero faza pucharowa wymuszałaby dalsze podróże. Pod względem logistycznym nie byłoby to rozwiązanie bardziej skomplikowane od obecnego mundialu.

    Znacznie większym problemem jest pytanie, czy piłka nożna rzeczywiście jest w tej części świata sportem, który zasługuje na organizację najważniejszej imprezy globu.

    Jeszcze dekadę temu odpowiedź prawdopodobnie brzmiałaby „nie”.

    Dzisiaj FIFA patrzy na Oceanię zupełnie inaczej.

    Od momentu objęcia funkcji prezydenta Gianni Infantino regularnie podkreśla, że żadna konfederacja nie może pozostawać na marginesie światowego futbolu. W ostatnich latach odwiedził wszystkie jedenaście federacji zrzeszonych w Oceania Football Confederation, nazywając OFC „przekształconą konfederacją” i wskazując ją jako przykład regionu, który w krótkim czasie dokonał ogromnego postępu organizacyjnego. Podczas kongresu OFC mówił również o inwestycjach w infrastrukturę, profesjonalizacji rozgrywek oraz rozwoju szkolenia młodzieży.

    Za słowami poszły konkretne decyzje.

    Po raz pierwszy w historii Oceania otrzymała bezpośrednie miejsce na mistrzostwach świata. Rozwijana jest profesjonalna OFC Pro League, coraz większe środki trafiają do lokalnych federacji poprzez program FIFA Forward, a Australia i Nowa Zelandia z sukcesem zorganizowały mundial kobiet w 2023 roku. W najbliższych latach region będzie gospodarzem kolejnych imprez młodzieżowych i turniejów FIFA, które mają być sprawdzianem przed organizacją jeszcze większych wydarzeń.

    To wszystko nie oznacza oczywiście, że mundial z udziałem 64 reprezentacji w Australii i Oceanii jest dziś najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Organizacja turnieju w tej części świata wymagałaby ogromnych nakładów finansowych nie tylko w obiekty sportowe, ale również bazy noclegowe, centra treningowe, lotniska i siatki połączeń lotniczych, infrastrukturę miejską, itd. Nie ulega też wątpliwości, że duża część kosztów miast-gospodarzy zostałaby przeniesiona na kibiców.

    Jednak historia mundialu pokazuje, że FIFA nie zawsze wybiera rozwiązania najłatwiejsze. Wybiera te, które najlepiej wpisują się w jej strategiczną wizję rozwoju futbolu.

    A z tej perspektywy Oceania pozostaje ostatnim niezdobytym kontynentem.

    Jeżeli Gianni Infantino rzeczywiście chce, aby mistrzostwa świata były turniejem „dla całego świata”, trudno wyobrazić sobie bardziej symboliczny finał tej idei niż pierwszy mundial rozegrany tam, gdzie jeszcze nigdy wcześniej nie zawitał. Nie byłby to wyłącznie kolejny turniej. Byłaby to deklaracja, że globalizacja futbolu dobiegła końca, bo na mapie gospodarzy mistrzostw świata nie pozostały już żadne białe plamy.

    Reklama