Zdziwienie w pomieszaniu z niezrozumieniem
Saga transferowa wokół Lewandowskiego zaczęła się w chwili, kiedy piłkarz poinformował piłkarski świat, że nie przedłuży kontraktu z FC Barceloną. Kolejne dni naznaczone były nie tylko rytualnym celebrowaniem przez media i kibiców jego rozstania z Dumą Katalonii, ale także pierwsze przymiarki do kolejnego, być może ostatniego już, klubu Polaka. Oczywistym kierunkiem obecnym w świadomości zainteresowanych był Półwysep Arabski i gra dla Al-Hilal lub innego z równie bogatych klubów Saudi Professional League. Głównym tematem były oczywiście potencjalne zarobki Lewandowskiego, które według źródeł miały oscylować wokół 90 mln dolarów (!!!) za sezon gry. W grze było kontynuowanie kariery na Starym Kontynencie, a poważnym kierunkiem było Serie A. Zainteresowanie miały wyrażać Juventus, AC Milan, czy rewelacja poprzedniego sezonu Como 1907. Rewelacyjnie brzmiały zapowiedzi Hakana Safiego – kandydata na prezydenta Fenerbache Stambuł, który obiecał kibicom, że jeżeli wygra wybory, to ściągnie Lewandowskiego do miasta nad Bosforem.
W całej tej sadze oferta Chciago Fire w powszechnym mniemaniu była odbierana najmniej poważnie. Nie robiła wrażenia finansowo (biedne 15-20 mln dolarów za sezon) , a decyzja gry dla przeciętniaka podwórkowej ligi brzmiało jak ostateczne pożegnanie się z poważną piłką. Bez Ligi Mistrzów, bez poważnych rywali, za Oceanem, gdzie na piłkę nożną woła się „soccer”. Do tego z dnia na dzień rosło przekonanie, że tak naprawdę na Lewandowskiego jest coraz mniej chętnych, bo wydawać na 38 -letniego napastnika kilkanaście milionów rocznie jest decyzją co najmniej nieefektywną finansowo. Informację Fabrizio Romano o porozumieniu na linii Lewandowski – Chicago Fire wielu komentujących odebrało jako rezygnację z poważnej piłki i jeszcze jeden skok na kasę. Bardziej niepoważnego myślenia ze świecą szukać.
Chicago naprawdę chciało Lewandowskiego
Jeżeli w Europie transfer Lewandowskiego do Chicago Fire długo traktowano z przymrużeniem oka, to po drugiej stronie Atlantyku wyglądało to zupełnie inaczej. W amerykańskich mediach od kilku tygodni przewijał się obraz klubu, który obrał sobie Polaka za absolutny priorytet i cierpliwie realizował przygotowany wcześniej plan. Punktem zwrotnym okazała się jego wizyta w Chicago, gdzie wraz ze swoim wieloletnim agentem Pinim Zahavim, spotkał się z przedstawicielami klubu. Nie chodziło wyłącznie o negocjacje kontraktu. Chicago Fire zaprezentowało Lewandowskiemu swoją wizję rozwoju, rolę, jaką miałby odegrać w odbudowie sportowej i marketingowej marki oraz perspektywy życia po zakończeniu kariery. Według amerykańskich dziennikarzy właśnie wtedy obóz piłkarza miał nabrać przekonania, że klub nie szuka wyłącznie skutecznego napastnika, lecz lidera całego projektu.
Nieprzypadkowo trener Gregg Berhalter nie próbował studzić emocji. Otwarcie przyznał, że spotkał się z Lewandowskim i Zahavim, podkreślając, że klub rozmawia z zawodnikiem światowego formatu i chce wykorzystać każdą szansę na sprowadzenie go do MLS. Podobny ton płynął z gabinetów właścicieli Fire. Joe Mansueto od miesięcy zapowiadał, że zamierza przywrócić klub do grona najważniejszych organizacji piłkarskich w Stanach Zjednoczonych, a sprowadzenie jednej z największych gwiazd światowego futbolu idealnie wpisywało się w tę strategię. Amerykańskie media zgodnie podkreślały, że Chicago nie prowadziło rozmów z Lewandowskim dlatego, że był dostępny. Prowadziło je dlatego, że uznało go za twarz projektu, który ma zmienić pozycję klubu zarówno na boisku, jak i poza nim.
Czy gra w MLS to już emerytura?
Jeszcze kilka lat temu odpowiedź na to pytanie byłaby twierdząca. Major League Soccer funkcjonowała przede wszystkim jako miejsce, w którym europejskie gwiazdy kończyły kariery, korzystając z wysokich kontraktów i znacznie niższych wymagań sportowych. Dziś takie spojrzenie coraz bardziej rozmija się z rzeczywistością. Amerykańskie media zgodnie podkreślają, że po transferze Lionela Messiego MLS weszła w zupełnie nową fazę rozwoju. Wzrosło zainteresowanie ligą na całym świecie, poprawiły się wpływy z praw telewizyjnych, rekordy bije frekwencja na stadionach, a kluby coraz odważniej inwestują w akademie, zaplecze treningowe i zawodników, którzy mają stanowić wartość sportową, a nie wyłącznie marketingową. To właśnie dlatego przy okazji rozmów z Lewandowskim amerykańscy dziennikarze znacznie częściej pisali o jednym z najlepszych napastników XXI wieku, niż o kolejnym piłkarzu wybierającym piłkarską emeryturę.
Nie oznacza to oczywiście, że MLS dorównuje dziś najlepszym ligom Starego Kontynentu. Oferuje jednak coś, czego coraz trudniej szukać w Europie – możliwość realnego wpływu na rozwój całej organizacji. Robert Lewandowski nie będzie w Chicago oceniany wyłącznie przez liczbę zdobytych bramek i wyniki piłkarskie klubu. Stałby się liderem projektu sportowego i jednym z ambasadorów ligi przygotowującej się do wykorzystania efektu tegorocznego mundialu. W amerykańskim sporcie od dawna funkcjonuje przekonanie, że największe gwiazdy mają wpływać nie tylko na wyniki, ale również na wartość całej organizacji.
Więcej niż piłkarz
To właśnie dlatego Chicago Fire od początku nie prowadziło rozmów z Lewandowskim jak z kolejnym napastnikiem dostępnym na rynku. W amerykańskich mediach regularnie pojawiały się określenia marquee signing, face of the project czy franchise player. Klub szukał piłkarza, który stanie się symbolem nowego etapu jego historii. Joe Mansueto od kilku lat konsekwentnie realizuje plan odbudowy organizacji. Przywrócił Fire do centrum Chicago, sfinansował nowoczesne centrum treningowe, rozpoczął budowę stadionu McDonald’s Park i powierzył Greggowi Berhalterowi nie tylko prowadzenie drużyny, ale również współtworzenie całego projektu sportowego. W tym kontekście Robert Lewandowski jest brakującym elementem układanki, a nie jednorazowym marketingowym strzałem.
Równie istotny jest wymiar pozaboiskowy. Chicago należy do największych skupisk Polonii na świecie, a sam Lewandowski od lat buduje wizerunek jednego z najbardziej rozpoznawalnych sportowców Europy. Dla Fire jego przyjście oznaczałoby nie tylko większą sprzedaż biletów i koszulek, ale przede wszystkim ogromny wzrost rozpoznawalności marki w momencie, gdy klub przygotowuje się do otwarcia nowego stadionu i chce na stałe dołączyć do grona najważniejszych organizacji piłkarskich w Stanach Zjednoczonych. Z tej perspektywy transfer Polaka nie jest zwieńczeniem kariery. Jest początkiem nowego etapu w którym wcieli się w rolę, której wcześniej nigdy nie pełnił – twarzy projektu mającego zmienić pozycję całego klubu.