Na przestrzeni kilku lat Eintracht mógł uchodzić za wzór do naśladowania. Świetne przeprowadzane transfery, osiągane sukcesy, a za tym oddani kibice wspierający swoich ulubieńców.
Obecny sezon jest dla klubu z Frankfurtu jednym z gorszych. O ile odpadnięcie z Pucharu Niemiec da się jeszcze jakoś przełknąć, o tyle brak wywalczenia sobie awansu do kolejnej rundy Ligi Mistrzów i prawdopodobnie odpadnięcie z gry o europejskie puchary poprzez Bundesligę jest dużym problemem.
Letnie wzmocnienia
Nic nie zapowiadało się na taki stan rzeczy w trakcie przedsezonowych przygotowań. Orły dokonały, wydawać by się mogło, kilku ważnych ruchów.
Sprowadzenie jednego z czołowych strzelców ligi w postaci Jonathana Burkadta z 1. FSV Mainz czy Ritsu Doana z SC Freiburg powodowały, że Eintracht i osłabił sportowo swoich rywali a i sam wzmocnił swoją ofensywną wartość.
Rzecz jasna Eintracht dokonując również innych wzmocnień musiał pożegnać się z kilkoma innymi postaciami. Jednak pieniądze jakie udało się uzyskać, że sprzedaży choćby samego Hugo Ekitike mogły pozwolić na przeprowadzenie mądrych ruchów. Za Francuza klub dostał aż 95 mln euro od Liverpool FC.
Łączna wartość sprowadzonych piłkarzy i tak nie przekroczyła sumy za jaką Eintracht zarobił tylko za swojego napastnika! Ostatecznie udało się znaleźć zawodnika na każdą pozycję. Latem te ruchy wydawały się przemyślane, ale runda jesienna pokazała coś innego.
Ach, ta Borussia
Puchar Niemiec to jedno z tych trofeów, które Eintracht mógł zdobyć. To mógł być jeden z celów do zrealizowania. Ostatnie lata pokazały, że klub z Hesji potrafił nie tylko awansować do finału, ale i go zdobywać.
Na ostatnich dziesięć lat w finale Eintracht znajdował się trzykrotnie, a w 2018 roku udało się po to trofeum sięgnąć. W tej edycji już jesienią klub jednak pożegnał się z rozgrywkami. Na drodze stanęła Borussia Dortmund, która wygrała po serii rzutów karnych.
Dziurawi jak ser szwajcarski
Bolączką zespołu w tym sezonie jest z pewnością gra w defensywie. Frankfurtczycy kilkukrotnie tracili po pięć bramek. I nie działo się to tylko podczas zmagać w elitarnej Lidze Mistrzów, ale i na krajowym podwórku.
W samej 1. Bundeslidze Eintracht stracił 45 goli, czyli najwięcej w całej lidze! Mimo wciąż dość wysokiej pozycji w tabeli jest to wynik bardzo słaby. Nawet w przypadku zwycięstw wielokrotnie rywal był w stanie zdobyć trzy bądź cztery gole. RB Lipsk potrafił wygrać 6:0.
Podczas meczów Ligi Mistrzów nie jest wcale lepiej. Liverpool FC czy Atletico Madryt wygrywały po 5:1, a Atalanta 3:0. Takie problemy z grą w defensywie musiały skutkować bardzo niską pozycją w tabeli, co ostatecznie wiązało się z odpadnięciem rozgrywek.
Jak uratować sezon?
Dino Toppmőller nie potrafił znaleźć sposobu na wyciągnięcie drużyny z kryzysu. O ile początek sezonu był udany, bo Eintracht zaczął od dwóch ligowych zwycięstw to później przyszedł kryzys. Odpadnięcie z Pucharu Niemiec i kolejne mecze pokazały, że ten projekt nie idzie w dobrą stronę.
Po rundzie jesiennej zdecydowano na zmianę trenera. Szkoleniowcem, który ma coś zmienić został Dennis Schmitt. Nie ma on większego doświadczenia i zapewne niebawem w klubie pojawi się bardziej doświadczony szkoleniowiec, tym bardziej że wyniki się nie poprawiły.
Na obecną chwilę jednak to trener Schmitt odpowiada za wyniki swojego zespołu. Być może odpadnięcie z rozgrywek pucharowych ma pewne korzyści. Mniejsza ilość spotkań pozwoli na lepszą regenerację zawodników.
Myśląc jednak o uratowaniu sezonu, trzeba spróbować w jakiś sposób dogonić grupę ekip walczących o Ligę Konferencji. Jednak osiem punktów starty do Bayeru Leverkusen wydaje się być zbyt dużą róźnicą do nadrobienia.

